|
„Polish Everest Expedition 2010” -
relacja „Himalaizm swoimi regułami
podobny jest do boksu lub działań partyzanckich, doskok,
uderzenie i odskok. Ktokolwiek zrobi za szybki krok lub spóźni
się ze swoimi poczynaniami ryzykuje nokautem i porażką”
Kathmandu - 1500m.n.p.m.
Z warszawskiego Okęcia w trzyosobowym składzie Staszek Budny,
Magda Prask i ja wyruszamy w pierwszą część naszej
dwumiesięcznej podróży przez Brukselę do Delhi w Indiach. Loty
przebiegają bez problemów urozmaicone rozmowami z naszymi
rodakami podróżującymi tymi samymi liniami.
Lądujemy w Kathmandu – stolicy Nepalu i Himalajów skąd wyruszają
wypraw w góry najwyższe.
Po wyśmienitym śniadaniu następnego dnia z pracownikiem agencji
Monterosa ruszamy rozklekotanym busem na dworzec lotniczy
odebrać cargo z naszym alpinistycznym sprzętem. Po przykrych
doświadczeniach z zeszłego roku dotyczące zmarnowanego czasu i
ilości łapówek które trzeba było dać na air porcie, jakież jest
nasze zdziwienie gdzie po 3 godzinach jesteśmy już z powrotem z
naszymi beczkami w hotelu i nawet 150 dolarowa łapówka nie jest
nam wstanie popsuć humorów.
Zwiedzamy w dniach następnych Pashipatinat , Swayambuthu ,
Bakhtapur, Lalipur. Dokonujemy zakupów jedzenia, gazu, szabli i
łopat śnieżnych do namiotów oraz zamawiamy koszulki wyprawowe.
Odwiedza nas Jeeran Shrestha który pracuje dla legendarnej już
tu miss Holly – niegdyś reporterki Routera a która od lat 50
ubiegłego wieku spisuje wszystkie informacje dotyczące wypraw w
Himalaje. Nieoficjalne źródła donoszą ze przez jakiś czas
pracowała dla CIA ale ile w tym prawdy to nie wiadomo. Poznajemy
też resztę uczestników ekspedycji z innych krajów, Luiggi
Rampini z Włoch i Qobin ( Muhamad Muqharabbin Mokhtarrudin ) z
Malezji oraz naszego szerpę Dawa Sherpa. Ganesh – właściciel
agencji ogłasza dobrą wiadomość, jutro otwierają granicę z
Chinami i wyruszamy pojutrze z rana do Zhangmu.
Człowiek agencji który pracuje w ambasadzie chińskiej w późnych
godzinach wieczornych potwierdza uzyskanie wiz.
Skoro świt aby uniknąć korków jedziemy busem do granicy z
Tybetem, a później do Zhangmu po chińskiej stronie które
znajduje się na wysokości 2300m.n.p.m. co nas bardzo cieszy, bo
nasze organizmy będą się pomału aklimatyzowały. Granica
dostarcza pierwszych wrażeń, panuje atmosfera ciągłej
inwigilacji i nerwowości. Mnóstwo tu tajniaków, wojska i
celników, przechodzimy przez wiele kontroli, przeglądają nasze
aparaty, kamery, książki i czasopisma w poszukiwaniu zakazanych
treści związanych z Dalajlamą. Nasz sprzęt i żywność w beczkach
przenoszony jest przez miejscową nepalską ludność przez
graniczny most na plecach. A dopiero za granicą ładowany na
samochody.
Przemieszczamy się z Zhangmu do Nyalam na 3700m.n.p.m. tzw.
Autostradą Przyjaźni łączącą granicę nepalską z Lhasą – stolicą
Tybetu. Sama „Kraina Śniegu” z jej 2 milionową społecznością
rozciąga się na obszarze 1,2 miliona km 2. Średnia wysokość
terenu to
4000m.n.p.m. dlatego po przyjeździe ze względu na rozrzedzone
powietrze wymagana jest aklimatyzacja i dodatkowa ochrona przed
słońcem. Wschodnią część kraju przecinają wąwozy największych
rzek azjatyckich – Jangcy, Mekongu, Saluin a otwarte
przestrzenie północy są domem koczowników i pasterzy. Drokba (
koczownicy ) wypasają stada owiec, kóz i dzo ( skrzyżowanie byka
i samicy jaka ). Zwierzęta te przystosowały się do życia na
dużej wysokości i wykształciły płuca o większej objętości a w
ich krwi występuje więcej cząsteczek hemoglobiny niż u zwierząt
nizinnych.
Mimo trwającej 50 lat chińskiej okupacji Tybetańczycy nadal
pielęgnują swoją tradycję. Jednym z ich przejawów jest
popularność klasztorów.
Droga którą przemierzamy a której nie powstydził by się żaden
kraj alpejski wiedzie kręto wzdłuż rzeki. Zaczynamy „łapać”
wysokość, kiedyś wędrowcy cierpieli po nagłym wejściu w góry.
Oszołomieni chorobą wysokościową, nazywali górskie korytarze
przełęczami „dużego” albo „małego bólu głowy ( zdaniem
chińczyków dolegliwości występowały po zjedzeniu dzikiej
cebuli). Pogoda bardzo słoneczna ale temperatura oscyluje wokoło
0 stopni. Po południu diametralna zmiana, pada śnieg z deszczem
do czego dołącza wiatr i robi się mało przyjemnie. Samo Nyalam z
zabudowaniami przypominającymi komunistyczne czasy to
strategicznie położone miasteczko między okolicznymi górami,
znajduje się tutaj wybudowany z wielkim przepychem posterunek
policji i armii. Sama władza porusza się tu najnowszymi modelami
Land Cruiserów co porównując do biednych Tybetańczyków stanowi
olbrzymi kontrast.
W ramach poprawienia aklimatyzacji wychodzimy na pobliski szczyt
na 4050m.n.p.m. obowiązkowe miejsce do zaliczenia wszystkich
wypraw które zmierzają do bazy pod Cho Oyu i Everest.
Ruszamy do Tingri na 4300m.n.p.m. piękną asfaltową drogą, w
zeszłym roku była jeszcze szutrową i nie należała do
najprzyjemniejszych ale Chiny obecnie pompują w swój kraj
miliardy juanów i widać tego efekty. Mijamy przełęcz Tonla Pass
na 5050m.n.p.m.
W oddali malowniczo bieli się Sisha Pangma, jeden z czternastu
największych ośmiotysięczników na Ziemi. Niby w zasięgu ręki,
niby tak blisko a tak daleko...
Mijamy widmowe ślady po zburzonych twierdzach, resztki murów
obronnych, wież sygnalizacyjnych ciągnących się niewidoczną
linią wzdłuż trasy którą podążamy.
Tingri to całkowicie zamieszkała przez Tybetańczyków miejscowość
pośrodku olbrzymiego wyschniętego pra-jeziora. Wygląda na biedne
i bezbarwne.
Zaprzyjaźniamy się z drugą ekspedycją Dana Mazura, spotykamy
nawet naszą rodaczkę Elę z Calgary której brakuje już do Korony
Ziemi tej ostatniej góry gór, towarzyszy jej mąż Gordon ze
Szkocji. Reszta to Australijczycy, Amerykanie, Niemcy, Hiszpanie
, Rosjanie no i oczywiście Chińczycy. Everest jak gigantyczny
magnes przyciąga ludzi z całego Świata.
W celu poprawienia aklimatyzacji wspinamy się na pobliski
wierzchołek 4700m.n.p.m. Widok z góry zapiera dech w piersi bo
na południe od nas rozpościera się cel naszej podróży, północna
ściana Everestu i Cho Oyu z jego kopiastą czapą.
Base Camp - 150m.n.p.m.
Wczesne śniadanie i dalej w drogę wprost do Base Camu na
5150m.n.p.m. Krajobraz jest iście marsjański, tylko skały,
kamienie i niesiony przez wiatr piach. Mijamy po lewej klasztor
Rongbuk i w końcu dojeżdżamy do bramy bazy gdzie stacjonuje
chiński oddział wojskowych. Poznajemy naszego drugiego kucharza
Duderasa i jego pomocnika tybetańskiego pochodzenia Pasanga oraz
Damdiego.
Przy rozpakowywaniu bagaży popadamy w lekki konflikt z
żołnierzem który zareagował bardzo nerwowo gdy próbowaliśmy
wywiesić polską flagę na maszcie z bambusa. Po obiedzie udajemy
się na krótki spacer, przygnębiające wrażenie robi symboliczny
cmentarz osób które
zginęły na Evereście a który to lśni w słońcu w oddali, wydaję
się taki niewinny a jednak nie wolno lekceważyć tej góry, jak i
zresztą żadnej innej...
Od rana słonecznie i lekko wieje wiaterek. Na szczycie jednak
widać silny wiatr który podrywa tumany śniegu tworząc efektowny
pióropusz ku wschodowi. Wg naszych prognoz które dostajemy z
Polski: - 30 stopni i 135 km/godzinę.
Przybywa coraz więcej namiotów z innych ekspedycji.
Dowiedzieliśmy się że w zeszłym roku tak późno otworzyli granicę
dla wspinaczy od strony Tybetu, bo dwa lata temu podczas
wnoszenia zniczu olimpijskiego zginęło kilkunastu chińskich
wspinaczy i musieli posprzątać ciała które leżały na drodze ku
szczytowi .
Odwiedzamy miejscowy monastyr Buddyjski który powstał tu podobno
ok.1500r. Miejscowy duchowny sprowadza nas do groty gdzie są
posągi i obrazy świętych. Mury są lepkie w dotyku, okadzone ,
wręcz czarne od wypalanych tu świec. Odprawia w intencji naszej
wyprawy modły, zapalamy lampki oliwne i kadzidła. Na sam koniec
obdarowuje nas białymi szalami które mają nam zapewnić sukces i
bezpieczny powrót. Trzygodzinna wędrówka tam i z powrotem dobrze
nam robi na naszą aklimatyzację.
Z samego rana warzenie naszego ekwipunku który będzie zapakowany
na jaki. Te długowłose zwierzęta warzące ok. tony są tu
niezastąpione. Dają mięso , ser, skórę, wełnę z których
miejscowi wyrabiają obuwie, ubrania, koce, namioty, ba, nawet
łajno używane jest jako opał bo bardzo długo utrzymuje żar. O
transportowych właściwościach nie wspomnę. Całego naszego
wyposażenia jest ponad półtorej tony.
Jeszcze ostatnie pokrzykiwania, podciągnięcia popręgów i
wreszcie wyruszamy do
Middle Campu na 5800m.n.p.m.
W połowie trasy rezygnuje Qobin z Malezji, widać że nie dość
dobrze przygotował się do tej wyprawy pod względem kondycyjnym a
same pieniądze nikogo nie wniosą na szczyty. Do obozu
pośredniego dochodzimy w dość dobrym czasie ale nasze jaki są
daleko w tyle, więc korzystamy z gościnności chińskiej
ekspedycji i w ich namiocie kuchennym przesiadujemy zimny i
wietrzny wieczór. Częstują nas tybetańską herbatą z dodatkiem
jaczego masła, suszonym mięsem a nawet chińską wódką którą
pijemy z naparstków. Chcemy podziękować za gościnę i wyjść ale
nie pozwalają nam i dopiero jak zjadamy z nimi wspólną kolację
którą na naszych oczach bardzo starannie przygotowuje ich
kucharz pozwalają się pożegnać. Ludzie gór to jednak solidna
firma nieważne jakiej narodowości.
Dalszy trekking wzdłuż niekończącego się lodowca Rongbuk do ABC
– bazy wysuniętej, po lewej stronie mijamy efektowne seraki
wielkości domów czteropiętrowych. Droga coraz to ginie w śród
skał i tylko ekskrementy jaków których tu pełno pomagają nam ją
odszukać.
Baza wysunięta ABC – 6400m.n.p.m.
W końcu pojawiają się na wzgórzu pierwsze namioty chińskiej
ekspedycji. Nasza baza wysunięta stanie na wysokości
6400m.n.p.m. Przygotowujemy platformy pod namioty osobiste i
stawiamy je w silnym wietrze. Powstaje też kuchnia, resztę
postanawiamy zrobić jutro, jednak 22 km lodowca dało się nam we
znaki.
Dalsza część urządzania obozu, powstaje mesa i rozkładamy resztę
namiotów osobistych. Wypakowujemy nasz ekwipunek z beczek i
worów transportowych. Każdy ruch na tej wysokości to mega
wysiłek, podczas 8 godzinnego snu tutaj człowiek zużywa tyle
energii co podczas jednogodzinnego biegu na poziomie morza.
Ciśnienie spadło do 450 hPa. Temperatura w namiotach w nocy –9
stopni, nie najgorzej. Przy innych ośmiotysięcznikach a nawet
przy Evereście od południa bazy powstają 1.5 – 2 km niżej a my
jesteśmy już praktycznie na wysokości Campu II, nikt nie
powiedział że będzie łatwo...
Rezygnuje z dalszej części ekspedycji z przyczyn rodzinnych
Staszek. Rozstawia swoje namioty coraz więcej wypraw. Odwiedzamy
naszych znajomych Chińczyków, jest ich spora grupa, po północnej
stronie Everestu to oni rozdają karty i trzeba się z nimi
liczyć, to zupełnie inni ludzie których znamy z polskich
bazarów, targowisk i barów. Twardzi ale i życzliwi, zahartowani
na niedogodności ale gościnni i weseli.
Wychodzimy na lekko w górę w celu poprawienia aklimatyzacji do
tzw. Crampon Point na 6600m.n.p.m.
W oddali widać zakładających liny poręczowe chińczyków na drodze
do obozu I. Cała ich ekspedycja to ponad 60 uczestników. Gdy
mijamy ich obozowisko w najlepsze grają sobie w karty na
pieniądze, palą papierosy, piknik na całego. Ale wiemy że to
tylko pozory, są naprawdę dobrzy, bardzo dobrzy, niektórzy byli
już na szczycie po 8 razy.
Dzień z życia himalaisty na wysokości 6400m.n.p.m.
Rano po nieprzespanej nocy w lodówce którą dumnie nazywam
namiotem próbuję podnieść głowę którą ból rozsadza mi na pół.
Staram się umyć zęby pastą która pod wpływem mrozu zmieniła się
w konsystencję podobną do pumeksu. 50 metrów do mesy w której
podadzą mi śniadanie które i tak zwrócę w tempie przyśpieszonym
którymś z otworów przemierzam w tempie ślimaka winniczka. Po
posiłku bieg z przeszkodami w postaci głazów do toalety w tempie
nadspodziewanie szybkim z prostych przyczyn aby nie narobić w
gacie. Wracam do namiotu zlany potem i walę się jak długi choć
nie na długo bo moje schronienie w między czasie za sprawą
słońca stało się piekarnikiem rozgrzanym do 50 stopni. Aplikuję
parę tabletek na gardło i w międzyczasie wysmarkuję z nosa
zawiesinę przeróżnej konsystencji. Przed wyjściem w górę
nakładam na siebie tony kremu z filtrem który i tak jest
niewystarczający co objawią się potem metrami odpadającej skóry
i bąblami jakie występują na nowo odkrytych terenach
roponośnych.
Obiad jem około godziny bo po każdej łyżce łapię chciwie
powietrze które i tak jest pozbawione tlenu co objawia się
zmęczeniem porównywalnym do rozładowania wywrotki ze żwirem
łopatką do piasku. Gdy słońce zachodzi i do akcji wchodzi mróz
nakładam na siebie tony ciuchów które całkowicie pozbawiają mnie
mobilności co sprawia że proste czynności przedłużają się w
nieskończoność i wywołują u mnie ataki zadyszki porównywalne do
objawów jakie są obserwowane u koni w Wielkiej Pardubickiej.
Padam po kolacji ze zmęczenia w śpiworze z myślą że wykonałem
kawał dobrej , nikomu nie potrzebnej roboty. Wiatr targa
namiotem, śnieg sypie aż miło i gdy już jestem jako tako
rozgrzany w puchowym śpiworze, daje o sobie znać pęcherz
moczowy...
Camp I – 7040m.n.p.m.
Wynosimy namioty, gaz i jedzenie do Campu I na 7040m. Droga
najpierw wiedzie przez wszystkie obozy wzdłuż skalnego osuwiska
aż do tzw. Crampon Point gdzie zakładamy raki, potem przez
olbrzymie lodowe pole aż do zbocza lodowo-śnieżnej góry
zaporęczowanej przez chińską ekipę która jak co roku musi
pierwsza zdobyć szczyt po tej stronie.
Stok o 60-70 stopniowym nachyleniu daje przedsmak dużych emocji
które przed nami. Łapczywie łykamy każdy haust powietrza tak
ubogiego w potrzebny nam tlen, każdy krok to nie tylko walka
ciała z górą ale walka umysłu z ciałem. Zmuszenie go do jeszcze
jednego wysiłku. W tym bezlitosnym dla człowieka miejscu nie
mamy prawa chorować, nie możemy sobie pozwolić choćby na cień
słabości. Nie ma wyboru: musimy znosić ból i cierpienie i za
wszelką cenę iść do przodu. Głęboka lekcja kształtująca
charakter osobnika z „cywilizowanego” świata.
Pokonujemy pod koniec jedną drabinę która rozpostarta jest nad
szczeliną na finiszu drogi do obozu pierwszego. Na niewielkiej
śnieżnej platformie już są zarezerwowane miejsca pod namioty dla
większości ekspedycji, po podobno gdy sezon osiągnie tu
kulminację nie ma gdzie stopy włożyć. Topimy śnieg na wodę tak
niezbędną do prawidłowego tu funkcjonowania organizmu. Średnia
ilość wypitych płynów w górach wysokich powinna się kształtować
w okolicach 4 litrów na dobę. W przeciwnym razie grozi nam
odwodnienie i choroba wysokogórska a w najgorszym wypadku
śmierć. Przychodzą na myśl zdanie wypowiedziane przez Antoine de
Saint –Exupery „ Woda, nie jesteś niezbędna do życia, jesteś
samym życiem” – święte słowa.
Na kolację liofilizat – fasolka po bretońsku, jadłem różne,
nasze Lyofoody są dobre i godne poleceni a każdy kto próbował
jadać na tej wysokości wie że to bardzo dużo, bo organizm nie
chce tutaj przyswajać prawie niczego.
Schodzę do ABC po mroźnej i średnio przespanej nocy mijając po
drodze całe rzesze nepalskich Szerpów oraz wspinaczy chińskiej
ekspedycji wynoszących ekwipunek dla wypraw które niebawem
nadejdą.
Czas na regenerację organizmów, schodzimy do Base Campu
pokonując 22km odcinek lodowca Rongbuk jednym ciągiem co na tej
wysokości jest sporym wysiłkiem. Mijamy tego upalnego dnia jak
się później okazało ok.150 jaków wynoszących w górę sprzęt dla
ekspedycji do bazy wysuniętej, oraz około setkę wspinaczy którzy
wyszli celem aklimatyzacji do Middle Campu na nocleg.
Północna strona Everestu dorównał już swojej siostrze z południa
zamieniając to miejsce w całkiem dochodowy biznes. Duża część
osób powoli próbuje swoich sił od Tybetu, i taniej, i
organizacja podobna, oszacowaliśmy że tylko w tym roku jest ok.
150 osób atakujących szczyt nie licząc obsługi i Szerpów.
Idziemy w odwiedziny do sąsiedniej ekspedycji w której szeregach
są nasi rodacy Małgorzata z synem Danielem i Krzysiek.
Wymieniamy nasze strategie, spostrzeżenia z dotychczasowego
przebiegu wypraw, na chwilę zapominamy że jesteśmy tak daleko od
domów i to na takiej wysokości.
Powrót do ABC w celu dalszej aklimatyzacji i założenia Campu II.
Droga do bazy wysuniętej wiedzie najpierw przez ogromne plateau
na którym rozstawione są namioty poszczególnych wypraw ( Base
Camp ). Potem zaczyna się lodowiec Rangbuk rozgałęziający się
wokoło góry Changt-se, my skręcamy w lewo, ścieżka sukcesywnie
podnosi się do góry, po prawej mijamy małe oczka wodne
wytworzone w skutek topnienia się lodowca, turkusowy kolor wody
przypomina ten w naszym Morskim Oku. Ok.10 km dalej znajduje się
Middle Camp na 5800m.n.p.m., po drodze mijamy penitenty
sięgające wysokością czasami 15 metrów, droga zajmuje ok. 4-7
godzin. Drugi dzień jest podobny co do ilości przebytych
kilometrów. Lecz ze względu na znaczną już wysokość czas
dotarcia do bazy wysuniętej może się wydłużyć o 1-2 godziny.
Wyjście do Camp I, wynosimy resztę ekwipunku . Po drodze
niestety nieszczęście, na naszych oczach, może 200 metrów przed
nami zawala się gigantyczny serak w ¾ drogi do obozu pierwszego,
schodzi lodowa lawina która pogrąża pierwsze ofiary śmiertelne w
tym sezonie, są to Węgrzy. Następuje natychmiastowa akcja
ratunkowa, niestety udaje się tylko uratować jedną osobę.
Zostają zerwane wszystkie liny poręczowe na tej wysokości.
Gigantyczne lodowe bloki tarasują dalszą drogę. Zawracają do ABC
wszyscy w tym dniu wychodzący wspinacze.
Chiński zespół wytycza następnego dnia nową drogę do Camp I i
prowadzi przez nią poręczówki.
Ponownie wychodzimy do obozu I i nocujemy tam.
Camp II – 7700m.n.p.m.
Wyjście do obozu II na 7700m.n.p.m. Zostawiamy depozyt w postaci
namiotów, jedzenia i gazu i schodzimy z powrotem do jedynki na
nocleg.
Powrót do ABC i BC.
Podczas wielokrotnego wędrowania na odcinku między bazą a bazą
wysuniętą spotykam znajomego Szerpę Sonama z jego przyjacielem
który był w latach poprzednich z Krzyśkiem Wielickim i z Justyną
Szepieniec na wyprawie na Cho Oyu i Dhaulagiri.
Czas zdecydowanie szybciej biegnie gdy się go umila rozmową.
W Base Campie idę na rekonesans do sąsiedniej ekspedycji,
poznaję Mohida z Bangladeszu który w zeszłym roku na jesieni był
razem z Pawłem Imińskim na Cho Oyu, znowu nasuwa się teza że
świat jest mały...
Zeszli z ABC do BC nasi rodacy z 7 Summits po aklimatyzacji w
obozach powyżej. Pogoda tak nieciekawa w poprzednich dniach dała
im się solidnie w kość. Teraz zjeżdżają na krótki odpoczynek do
Tingri i wracają po 3 dniach czekając na hasło do ataku.
Powracamy po paru dniach odpoczynku do bazy wysuniętej.
Dowiadujemy się że wyrusza do ataku chińska ekipa. O decyzji
nawet wspinacze dowiadują się na pół godziny przed wyjściem.
Wszystko trzymają w tajemnicy. Z naszych prognoz też wynika że
mamy szansę na 3-4 dniowe okno pogodowe. Aleksander Abramow z 7
Summit jest przeciwny atakowi. Twierdzi że zabraknie nam jednego
dnia na powrót. Jednak decydujemy się na wyjście następnego
dnia.
Nareszcie akcja, po wielotygodniowym aklimatyzowaniu i
wyczekiwaniu na odpowiednią pogodę nastąpiło zielone światło,
wyruszamy na atak szczytowy. Wprawdzie dobre prognozy nie
pokrywają nam się z jednym dniem powrotnym ale mamy dosyć
niepewności i ruszamy do obozu I na 7050m.n.p.m. Lekko wieje ale
słońce w zenicie świeci ostro. Razem z nami rusza zespół
Tajwańczyków LI i Ho razem z Szerpami Sonamem i Kibim.
Dochodzimy dość szybko do jedynki, wieje tu spory wiatr ale nie
psuje nam to humorów. Topimy śnieg na zupę i herbatę i o zmroku
idziemy spać, jutro dość wyczerpujący odcinek do obozu II.
Dziś ruszamy na 7700m.n.p.m. do dwójki. Na przełęczy wieje ostry
wiatr co ze spadkiem temperatury nie ułatwia zadania. Dobrze że
cały prawie odcinek to śniegowy stok o nachyleniu ok. 50 stopni.
Raz za razem szarpie nami od wschodu gwałtowny podmuch wiatru,
cała trasa jest zaporęczowana i wpinamy się za każdym razem do
naszej uprzęży lecz za każdym razem rodzi się myśl czy i teraz
poręczówka wytrzyma czy pofruniemy na dół ku lodowcowi. Ostatni
odcinek to same skały gdzie stoją namioty pozostałych wspinaczy.
Przy silnych podmuchach wiatru rozstawiamy i swoje schronienie
choć to nie łatwa sprawa i zajmuje nam to co najmniej pół
godziny. Wyczerpani przygotowujemy posiłek wiedząc że dopiero
jutro nastąpi najgorszy i najdłuższy etap łącznie ze zdobyciem
szczytu. Próbujemy usnąć ale na tej wysokości i w tych warunkach
to ciężkie zadanie.
Camp III – 8300m.n.p.m.
Camp III czeka na nas na 8300m.n.p.m. Droga wiedzie pośród skał
pod sporym kątem nachylenia. Tu już zaczynamy używać tlenu z
butli który wspomaga proces oddychania w „Strefie Śmierci”.
Powyżej 8 tysięcy jest tu go zaledwie 1/3 tego co na poziomie
morza. Człowiek przeniesiony z tego pułapu po jakimś czasie
stracił by świadomość na taj wysokości co doprowadziło by go
potem do zgonu. Pogoda nie ładuje optymizmem, całe niebo
zasłaniają chmury, wieje przenikliwy wiatr który prędkością wg
prognoz sięga 60 km/h.
O godzinie 21.00 czasu Nepalskiego gotowi jesteśmy do
najważniejszego zadania. Wychodzimy w ciemność oświetlając drogę
tylko czołówkami, używamy baterii Energizer Ultimate Lithium,
jako jedyne gwarantują niezmienność pracy latarki nawet przy –40
stopniach Celsjusza. Na niebie widać gwiazdy i księżyc, wydają
się na wyciągnięcie ręki, wieje ostro co przy –30 stopniach daje
solidnie w kość. W namiotach Tajwańskich sąsiadów też widać
ożywienie. Ruszam sam w kierunku grani, za mną idzie w parze
Magda z Dawą. Droga wiedzie ostro ku górze, pierwszy
charakterystyczny punkt to Mushroom, skała w kształcie grzyba,
to teoria bo jedyne co widać to mały odcinek drogi z poręczową
liną oświetlany światłem czołówki. Dochodzę na grań, dobrze że
jest noc bo ekspozycja musi być oszałamiająca, od strony
Nepalskiej 80 stopniowa śnieżna przepaść. Idę metr obok i czuję
mimo szalejącego zimnego wiatru krople potu na plecach.
Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Zmierzam w kierunku
szczytu i nagle w świetle latarki pod skałą widzę śpiącą postać.
Za chwilę ogarnia mnie odrętwienie bo zdaję sobie sprawę że to
trup jakiegoś alpinisty któremu szczęście nie dopisało, usnął
nieświadom że już nigdy się nie obudzi. Zatrzymuję się na chwilę
żeby pomodlić się za duszę nieszczęśnika, zdaję sobie sprawę że
był to czyjś syn, brat, może mąż i że już nigdy jego bliscy nie
doczekają się na jego powrót. To zajście tylko zwiększ moją
ostrożność, każdy krok na granitowej skale staram się stawiać
rozmyślnie dwa razy sprawdzając pewność chwytów i stąpnięć oraz
dobór odpowiedniej liny poręczowej. Jest tu całe mnóstwo
starych, poprzecieranych poręczówek i łatwo o błąd.
Mijam kolejno tzw. step I i II. Są to pionowe uskoki , na drugim
dla ułatwienia zainstalowane są aluminiowe drabiny, sporo się
trzeba natrudzić żeby to pokonać na tej wysokości. Oddech jest
nierówny, świadomość że mały błąd może skończyć się tragicznie
potęguje napięcie. Mijam kolejne ciała, nikt tu ich nie znosi na
dół, leżą w spokoju ku przestrodze kolejnych śmiałków.
Mount Everest – 8848m.n.p.m.
Na horyzoncie wschodzi słońce i budzi się nowy dzień który
napawa mnie optymizmem, do pokonania ostatni skalny trawers,
ostatnie pole śnieżne i jest na wyciągnięcie dłoni, Mount
Everest, Sagarmatha, Chomulungma czy jak kto woli Dach Świata,
wyżej się nie da. Ze wzruszenia łzy kręcą się w oczach, tyle
poświęceń, wyrzeczeń, i udało się, sukces.
Do głowy przychodzą setki myśli, spoglądam w około, na
nepalskiej stronie cisza, nikogo, słońce dopiero zaczyna swoją
wędrówkę. Rozsądek każe mi robić pamiątkowe foty i zmykać stąd
czym prędzej. Na tej wysokości latają przecież samoloty. Mijam
po drodze po koleji resztę grup. Na wysokości stepu III Sonam
próbuje nakłonić swojego klienta do dalszej akcji ale ten jest
już tak zrezygnowany i wyczerpany że na nic się zdają jego
trudy. Magda i LI wkrótce po mnie zdobywają jako jedyni tego
dnia wierzchołek. Schodzimy do campu III, chwila odpoczynku i
schodzimy do Campu II. Pozostanie powyżej 8 tysięcy to loteria
ze śmiercią. Wiatr się wzmaga i w nocy dochodzi do 100km/h. O
spaniu nie ma mowy, oprócz naszego znajomego Włocha jesteśmy
sami w obozowisku.
W szalejącym wietrze pakujemy namiot i schodzimy do Campu I na
Nordcool. W jedynce witają nas zaprzyjaźnieni Szerpowie gorącą
herbatą i ciasteczkami.
Chwila odpoczynku i dalej na dół do ABC, mijamy dużą ilość osób
którzy zwabieni niedługą poprawą pogody prą do góry w
oczekiwaniu na możliwość ataku z Campu I. Mijamy rodzinę
Kalifornijczyków którzy ze sowim 13-letnim synem chcą pobić
rekord najmłodszej osoby na Evereście. Wg mnie to szaleństwo ale
każdy jest kowalem swojego życia tylko czemu i swojego
dziecka...
Na dole przy Cramp point wychodzi nam naprzeciwko z gorącą
herbatą nieoceniony Damdi, nasz kitchen boy którego
uprzedziliśmy o naszym zejściu przez CB. Do obozowiska
dochodzimy na resztkach sił, jeszcze kolacja i zasłużony
odpoczynek choć o dziwo pewno dzięki emocjom nie chce się spać
Dowiadujemy się że ekipa Szerpów Kari Koblera zamieszana jest w
kradzież butli z tlenem chińskiej ekspedycji. Chińczykom
zaginęło 41 butli na wysokości obozu III i paręnaście sztuk
znaleźli w namiotach Szwajcara. Draka na dole ogromna.
Schodzimy następnego dnia po spakowaniu beczek i worów
transportowych do BC, w tym samym czasie wychodzi reszta grup do
Campu I w tym nasza trójka rodaków. 4 dniowe okno pogodowe daje
w końcu szansę na zdobycie góry. Ludzie są już na granicy
wyczerpania nerwowego poprzez to całe czekanie w tych
ekstremalnych warunkach i z radością gotują się na finalną
akcję.
Otrzymujemy pamiątkowe certyfikaty od oficera łącznikowego Nawy
zaświadczające o zdobyciu Mount Everestu. Zostaje też w tych
dniach pobity rekord najmłodszego wspinacza który zdobył Dach
Świata, zostaje nim 13- letni Jordan Romero z Kalifornii. Od
strony Nepalskiej pobija też swój rekord 49 – letni Apa Szerpa
który wchodzi na szczyt 20 raz !.
W kolejnych dniach z niepokojem spoglądamy na szczyt, pogoda
wcale nie jest dobra, jak zwykle wieje ostry wiatr, niebo
przysłaniają chmury a gdzieś tam w górze są nasi przyjaciele.
Od rana składanie obozu, pogoda całkowicie się popsuła, pada
obfity śnieg, widoczność ograniczona jest do 20-30 metrów,
prognozy pogody całkowicie się nie sprawdziły.
W południe pakujemy się do jeepa i jedziemy w kierunku
nepalskiej granicy. Spoglądam się za siebie na Base Camp, mimo
wszystkich tych trudów, tych niedogodności będzie czegoś
brakowało w codziennym życiu. Wieczorem dojeżdżamy do Zhangmu
gdzie zostajemy na nocleg.
Następnego dnia po uciążliwej 8 godzinnej podróży, dość sprawnej
przeprawie przez granicę w końcu zjeżdżamy do Kathmandu.
Wyczekanie odpowiedniej pogody w ekstremalnych warunkach,
szybkość poczynań i decyzja o ataku we właściwym momencie to
kluczowa sprawa podczas całej ekspedycji.
Zdobycie Everestu od strony Tybetu jest trudnym zadaniem, już
sam lodowiec Rongbuk ze swoją 22 km trasą zabiera podczas
wielokrotnego przemierzania na wysokości ok. 6 tysięcy metrów
wiele siły.
Statystyki mówią o 20 % sukcesów z tej strony co w porównaniu z
nepalską stroną i 50% wynikiem jest bardzo wyraziste. W parę dni
po nas zostaje pobity rekord najmłodszego wspinacza który zdobył
Dach Świata, zostaje nim 13- letni Jordan Romero z Kalifornii.
Od strony Nepalskiej pobija też swój rekord 49 – letni Apa
Szerpa który wchodzi na szczyt 20 raz !. Po południowej stronie
działa „The Extreme Everest Expedition 2010”, 31 osobowa grupa
Szerpów którzy mają za zadanie oczyścić ze śmieci Everest
powyżej 8 tysięcy metrów. W planach mają za zadanie znieść ok. 2
ton śmieci. 2011 rok ma być w Nepalu rokiem turystyki,
Nepalczycy dla wszystkich zdobywców Sagarmathy jak nazywają Dach
Świata przewidują bezpłatne wizy pobytowe w tym czasie. Każdy
chce zaznaczyć swoją obecność na Górze Gór.
Większość osób skupia się w relacjach z ataków szczytowych na
stepach I, II, III jeżeli chodzi o trudności techniczne, lecz wg
nas cała droga granią ku szczytowi to nieustanna walka wspinacza
z nagą skałą i należy sceptycznie podchodzić do opisów które
bagatelizują wiele aspektów.
Komercja którą wszyscy tak piętnują jest tylko solidną
organizacją i zapewnieniem bezpieczeństwa śmiałkom którzy
zaryzykują wiele ażeby zdobyć górę gór. Trzeba sobie zadać tylko
najpierw pytanie: czy warto ryzykować to co najcenniejsze dla
tego trofeum? Potem może być za późno...
|